Przeskocz do treści

TANIEC AKADEMICKI

Poznańskie seminarium Wydziału Prawa i Administracji UAM "Rola mediacji w rozwiązywaniu konfliktów w środowisku akademickim" stawiało pytanie o mediację w kontekście polityki antydyskryminacyjnej na uczelniach wyższych.

Przy całej sprawności językowej prelegentów i wysokiej próby wiedzy nie dało się jednak nie zauważyć podstawowego problemu wyłaniającego się w dyskusjach i prezentacjach; jak uzasadnić potrzebę funkcjonowania mediacji branżowych, w tym w tym wypadku - mediacji akademickich? I choć szeroko płynęły frazy o odrębności i niezwykłości mediacji na uczelniach, to uzasadnienia innego niż interes wizerunkowy uczelni i ochrony profesorskiego ego nie dało się w nich doszukać.

Oxymoron mediatora wewnętrznego 

Od kilku lat, dzięki nowelizacji ustawy prawo o szkolnictwie wyższym i nauce uczelnie w Polsce mogą – ale nie muszą – powoływać mediatorów spośród czynnych nauczycieli akademickich. Ustawy dopełnia rozporządzenie ministra Czarnka wyraźnie określające, że mediatorem może być tylko nauczyciel akademicki. Dla pełnego obrazu trzeba dodać, że dotyczy to jedynie (albo aż) spraw dyscyplinarnych w środowisku akademickim, a zatem takich, w których stroną sporu jest nauczyciel akademicki. Drugą – najczęściej student.  Część uczelni powołała takich wewnętrznych mediatorów, część nie, ponieważ ani ustawa ani rozporządzenie takiego obowiązku na uczelnie nie nakładają. Czas pokaże, które z nich postąpiły bardziej roztropnie, korzystając z tego oksymoronu lub nie.

Interes uczelni

Mediacje na uczelniach mogą być prowadzone jedynie przez akademików, pracowników uczelni; profesorów, doktorów a może i aspirujących magistrów. Są oni tak zwanymi mediatorami wewnętrznymi, reprezentującymi uczelnię. A zatem i jej interes, bo trudno sobie wyobrazić by było inaczej, skoro jest się zarówno mediatorem jaki i pracownikiem danej instytucji. Tym bardziej, że mediatora do danej sprawy powołuje rektor zyskujący nagle uprawnienia sędziego sądu powszechnego.

O ile pracownicy MOPR często działający w swych rejonach pracy jako mediatorzy czy urzędnicy stawiający się w roli mediatorów rozwiązujących spory klientów z własnym urzędem mogą nie dostrzegać tej oczywistej sprzeczności interesów, o tyle wytrawni teoretycy i praktycy prawa – tak, powinni ją dostrzegać. Co prawda cień tych wątpliwości przemknął przez salę seminaryjną, szybko jednak zniknął wśród zapewnień o konieczności zawierzenia obiektywności i bezstronności mediatorów – akademików. Nikt nie wspomniał, że strony potrzebują w mediacji pewności w tych kwestiach, a nie wiary.

Fakty zamiast wiary

Mediacje bowiem nie opierają na wierze, a na faktach i przepisach prawa. KPC w art. 1831 nigdzie nie wspomina o podziale branżowym mediacji, o wyłączeniach dotyczących mediacji branżowych, ani też o zakazie prowadzenia mediacji dla mediatorów spoza jakiejś branży. Ustawa o szkolnictwie i rozporządzenie Czarnka, owszem, już tak, w  R1 § 1.:Ilekroć w rozporządzeniu jest mowa o mediatorze – rozumie się przez to nauczyciela akademickiego prowadzącego mediację”

Wydaje się, że właśnie środowisko akademickie powinno być wzorem otwartości, transparentności, środowiskiem inkluzywnym i profesjonalnym. Tymczasem mediacje w środowisku akademickim dokładnie się w wpisują w model wykluczający, w którym to nie fachowość i umiejętności decydują o możliwości wykonywania zawodu w określonym środowisku społecznym, lecz przynależność do tego środowiska.

Podczas seminarium nie padł ani jeden głos za tym, by ten zabójczy dla mediacji trend odwrócić, choć brały w nim udział tęgie głowy zajmującej się teorią i praktyką prawa.

Inkluzywność 

Odwrócenie, czyli inkluzja, powinna polegać w tym i innych branżowych wypadkach na tym, by prawo do ich prowadzenia w środowisku akademickim mieli wszyscy mediatorzy spełniający ustawowe wymogi tego zawodu, zgodnie z art. 1831 KPC, a nie zgodnie z rozporządzeniem Czarnka.

Prawo ostatnich lat bywało kiepskie albo bardzo kiepskie, a inicjatywy ustawodawcze i rozporządzenia często miewały podwójne dno. Nie popadając w paranoję warto się zastanowić, po co Czarnkowi była taka ustawa i takie rozporządzenie oraz jak zamierzał je wykorzystywać? Bo przecież nie w celu ochrony suwerenności uczelni i naukowców.

Być może mediatorzy powinni posiadać dodatkowe umiejętności czy wiedzę na temat środowiska akademickiego, by łatwiej im było zrozumieć istotę sporów, okoliczności, motywacje, potrzeby stron. I taki wymóg może lub powinien być im stawiany.  Dlatego zapewne część organizacji i instytucji branżowych takich jak np. KNF czy PFRON wymaga dyplomu mediatora, fachowości oraz dodatkowej wiedzy ale co do zasady nie zamyka możliwości prowadzenia mediacji wszystkim, którzy spełniają określone kryteria.

Naukowa Polska branżowa

Tu jest inaczej - tu jest Polska branżowa. Ubranżowienie mediacji – jak w wypadku mediacji w środowisku akademickim – jest powrotem do Polski resortowej i branżowej, w której mnożyło się od wyjątków spod obowiązującego prawa. A wyjątki, co prawnicy doskonale wiedzą, rodzą patologię i brak równości obywateli wobec prawa, a także w ich dostępie do samej sprawiedliwości.

Co do zasady, to przecież należy uznać w ślad za naukowcami zajmującymi się teorią konfliktów i mediacjami, że wszystkie konflikty pomiędzy ludźmi mają te same podstawy (opisane przez Moora bądź innych), bardzo podobny przebieg (opisany np. przez Glasla) i zwieńczenie w postaci porozumienia stron lub jego braku. Typy sporów w których uczestniczymy są ustandaryzowane i dokładnie opisane, a ich mechanizmy dobrze znane.

Krótko mówiąc, molestowanie to molestowanie, przemoc to przemoc, a mobbing to mobbing, niezależnie od tego, czy odbywa się na plebanii, w murach uniwersytetu lub na poligonie albo w szkole czy korporacji. Z tego też powodu nie powinno być wykluczeń branżowych służących ochronie wizerunku dowolnych środowisk; naukowych, artystycznych czy wędkarskich. Po co więc tworzyć odrębne systemy mediacji dla lekarzy, akademików albo strażaków?

Mediacje w środowisku akademickim prowadzone przez akademików są właśnie taką ochroną profesorekiego ego pomagającą załatwiać sprawy we własnym gronie, zamiatać je pod dywan i powstrzymującą przed wynoszeniem ich na zewnątrz.

Ugodowy taniec

Niechlujnie napisane rozporządzenie Czarnka już czyni wyjątek dla nauczycieli akademickich stojący w sprzeczności z art. 1832 § 31, który mówi : „Ilekroć w dalszych przepisach niniejszego kodeksu jest mowa o mediatorze, należy przez to rozumieć także stałego mediatora (…)” A stały mediator to osoba posiadająca udokumentowaną wiedzę zdobytą np. poprzez szkolenie lub studia podyplomowe.

Tymczasem mediator akademicki nie musi mieć żadnej wiedzy o mediacjach i nie musi jej dokumentować, by zostać wewnętrznym mediatorem uczelni. Wystarczy naukowy autorytet i przekonanie o własnych zdolnościach.

Nie musi także być mediatorem stałym, wpisanym na listę mediatorów sądu okręgowego, choć wszyscy inni uprawiający fach mediatora – muszą, jeśli chcą, by ugody ich klientów były przez sądy zatwierdzane zyskując moc wyroku sądowego.

Rozporządzenie Czarnka jest także wewnętrznie sprzeczne, ponieważ samą rolę mediacji w postępowaniu dyscyplinarnym znacząco umniejsza, wbrew zapisom KPC stwierdzając w pkt 8 , że „Pozytywne wyniki mediacji bierze się pod uwagę przy wymierzaniu kary dyscyplinarnej”. A zatem nie są one dla komisji dyscyplinarnej czy rektora wiążące, a mają jedynie charakter opiniodawczy, co całkowicie podważa sens zawierania ugody. I samej mediacji, rzecz jasna.

W efekcie strony mogą w procesie mediacji akademickiej wypracować ugodę, która nie jest wiążąca i nie nadaje się do zatwierdzenia przez sąd jako, że nie została zawarta przed stałym mediatorem. Jak to się ma do wagi ugody zawartej przed mediatorem opisanej w KPC – nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że nauczyciel akademicki ukarany pomimo przeprowadzonej mediacji akademickiej karą dyscyplinarną może wnieść odwołanie do sądu pracy, właściwego dla siedziby uczelni. I tam też możliwe są mediacje, tym razem o wiążącym charakterze prawnym, prowadzone przez mediatora stałego co rodzi wiażące strony skutki prawne.

I tu kółko się zamyka, a mediacja akademicka staje się wyłącznie uczelnianym tańcem towarzyskim, w którym profesorskie ego dobrze się prezentuje.

Marceli Kwaśniewski, mediator